Rozdział 19.

 

 

Ciemna wstążka, która do tej pory ciasno oplatała zwój znalazła się na podłodze. Przybrudzony kawałek papieru rozwinął się z sekundowym opóźnieniem ukazując…
Stałam chwilę bez ruchu, wpatrując się w przedmiot trzymany w ręce i poczułam nagły ścisk w okolicach żołądka i klatki piersiowej. Trochę jakbym miała zaraz zwymiotować… Wzięłam głęboki wdech wypuszczając z palców zupełnie pusty zwój. Kawał bezużytecznego papieru, który, choć pożółkły i przybrudzony, nadal cierpliwie czekał na wpisanie w niego choćby jednego słowa.
Wtedy wszystko stało się jasne. Oczywiście, już wcześniej zdałam sobie sprawę, że ta sytuacja będzie się przedstawiała w dokładnie taki sposób. Jednak dopóki nie zobaczyłam tego na własne oczy, w moim umyśle pojawiała się mgiełka nadziei, przysłaniająca zdrowy rozsądek. Orochimaru, ta pieprzona, podstępna żmija… Jego celem nie był zwój, to był pretekst do ściągnięcia mnie do tego miejsca. Był przekonany, że nie sprostam zadaniu tracąc wszelkie zmysły i znów będę posłuszną lalką w jego rękach, pragnącą tylko odrobiny ciepła… Pomocy. Plan można by nazwać doskonałym, jednak wężowaty nie przewidział faktu, że przez ostatnie lata dużo się nauczyłam i do wielu spraw dojrzałam, by właśnie dziś pokonać strach przed swoją przeszłością i wyciągnąć z niej odpowiednie wnioski.
- Erin… – Usłyszałam za plecami głos Kimimaro, łagodny i czuły. Odwróciłam się i obdarzyłam go jedym z najpiękniejszych uśmiechów na jaki było mnie stać. Następnie wspinając się na palce musnęłam policzek przyjaciela. Chyba właśnie ten gest utwierdził go w przekonaniu, że jest wszystko dobrze…
Jak było w rzeczywistości? Trudno było nazwać szumiące w mojej głowie uczucia. Duma i pewnego rodzaju zadowolenie wymieszane ze złością tworzyły nijakie połączenie. Tak też się czułam.

~~~

Od wizyty w miejscu, które kiedyś nazywałam domem minęły dwa dni. Zatrzymaliśmy się w dość wyniszczonym domku, który można było wynająć za niewielką cenę, jednak w pobliżu nie był nic lepszego. Świat jakby przestał nas lubić co rusz stawiając na naszej drodze burzę lub inne komplikacje, które powodowały znaczne opóźnienia. Miałam wrażenie, że z każdą kolejną chwilą coraz bardziej się denerwuję. Moja głowa coraz częściej przywoływała obraz mężczyzny, który ostatnio mnie odwiedził. Jego słowa z upływem kolejnych godzin coraz mocniej odbijały się w mojej głowie. „Masz jeden dzień. Wiem, że Uchiha jest tu z tobą. W przeciwnym razie stracisz wszystko.” Jeden dzień… Jest z tobą… Wszystko…Stracisz… 
Wyznaczony czas minął, a nie działo się zupełnie nic. Doprowadzało mnie to do szaleństwa, choć teoretycznie powinnam cieszyć się każdą godziną spokoju. Wiedziałam jednak, że Pan tak łatwo się nie podda, a oczekiwanie na stratę… No właśnie? Stratę czego? Czym jest moje „wszystko”? Może miał na myśli moje życie? Może siłę? W takim razie moje „wszystko” cały czas noszę w sobie, żyję sama dla siebie, walczę dla siebie. Po co więc miałby to niszczyć? Przecież nie sprawiłoby mi to żadnego bólu, jedynie zasnęłabym nie zdając sobie sprawy, że już nigdy się nie obudzę.
- Erin?
- Hmm…? – Z zamyślenia wyrwał mnie głos Kimimaro, spojrzałam na niego kątem oka, czekając aż z jego ust wypłynął jakieś słowa.
- Pójdę sprawdzić czy możemy już dalej iść. Burza przeszła.
- Dobrze. – Kiwnęłam głową i odprowadziłam mojego przyjaciela wzrokiem. W chwili, kiedy drewniane drzwi na powrót się zamknęły i straciłam go zupełnie z oczu, poczułam coś dziwnego. – Uważaj na siebie… – Dodałam szeptem, podkulając nogi i obejmując je dłońmi.
Nie musiałam długo czekać, by moje myśli powróciły na poprzedni tor. Tym razem doszłam do pewnych wniosków znajdując odpowiednie wyjście z sytuacji. Przynajmniej tak myślałam…

~~~

Po wyjściu z pokoju, w którym przebywałam, skierowałam się do drugiego, który znajdował się na końcu dość krótkiego korytarza. Zaledwie kilka kroków, a jasne światło płonącego knota świeczki zaczęło muskać moją twarz, uprzednio przebijając się przez niewielką szczelinę w drzwiach. Położyłam dłoń na swoim udzie i już sekundę później miałam w ręku błyszczące ostrze kunai’a. Pomarańczowy i niewielki płomyk odbijał się od gładkiej powierzchni, przez co bawił się w iluzję płonącego noża. Wsunęłam się bezszelestnie do wnętrza pokoju, uprzednio odcinając przepływ chakry w swoim ciele, by możliwie jak najdłużej być niezauważoną. Wiedziałam, że w końcu zorientuje się, że tu jestem… Kolejny bezszelestny krok zbliżał mnie do upragnionego celu. Upragnionego pod każdym możliwym względem. Czułam się jak drapieżnik polujący na idealność i chłód w jednej osobie.
Siedział na drewnianym krześle, pochylony nad biurkiem. Stojąc dokładnie za jego plecami, niczym cień, nie zdołałam dostrzec co kryje ze swoją sylwetką. Od dobrej sekundy wiedział, że nie jest sam. Słyszałam jak jego miarowy i na pozór spokojny oddech nieznacznie przyspieszył. Podeszłam bliżej, kolejny krok, dwa, trzy… Na tyle blisko, by był na wyciągnięcie mojej ręki.
- Co chcesz zrobić, Erin? – Zastygłam w miejscu słysząc jego głos. Niby obojętny, choć tak bardzo przepełniony wyższością i chłodem. Mimowolnie zadrżałam, niemal wypuszczając ostrze z dłoni.

- Chcę się zabawić. – Przez chłód mojego głosu przebijała się nutka kokieterii.
- Świetnie… – Zamruczał i podszedł do mnie, na tyle blisko, na ile było to możliwe. Wyczułam unoszący się wokół zapach sake, był pijany. Tak bardzo pijany, że nawet nie zauważył śmiertelnej broni, na której zaciskałam palce.
Po kilku sekundach jego dłonie znalazły się na moich biodrach. Nie czułam nic, co powinna czuć oddana kochanka, czy nawet nienawidząca morderczyni. Serce nadal wykonywało miarowe skurcze, ciało po prostu stało, niczym zdrętwiałe. Jedynie prawa dłoń jak za pomocą magicznej różdżki uniosła się gwałtownie ku górze zagłębiając ostrze w umięśnionym brzuchu mężczyzny. Wydał z siebie cichy, zduszony jęk.
- Co ty… Ty suko! – Krew sącząca się wolnym strumieniem spływała mu po brodzie, a twarz nagle zupełnie zbladła, nie pozostawiając najmniejszego śladu po zaróżowieniach spowodowanych spożytym alkoholem.
- Co robię? – Dokończyłam pytanie, które zapewne chciał mi zadać. – Wykonuję swoje zadanie. – Roześmiałam się ścierając jednym ruchem kciuka szkarłatną ciecz z ostrza kunai’a.

- Co chcesz zrobić? – Usłyszałam ponownie i drgnęłam uwalniając się od obrazu wspomnień.
- Nic… – Przysiadłam na drewnianym blacie naprzeciw czarnowłosego, kładąc tuż obok swoją broń, by następnie ostentacyjnie zrzucić ją na ziemię. – Zupełnie nic…
Sasuke wpatrywał się w mnie swoimi czarnymi oczami. Nie mogłam tego znieść, podniosłam wzrok i zorientowałam się jak wielki błąd popełniłam. Ale było już za późno. Już utonęłam z bezdennych tęczówkach, przebijając się odważnie przez granicę mroku. Nie wiem jak długo tak siedziałam, bez najmniejszego ruchu. Sekundę, dwie, może godzinę? Nieistotne…
- Zbliża się coś strasznego… Co ja mam zrobić? – Szepnęłam, przenosząc wzrok na zaciśniętą na brzegu blatu dłoń.
- Czego pragniesz? – Usłyszałam w odpowiedzi i zmarszczyłam brwi milcząc przez dłuższą chwilę. Uchiha również nic więcej nie powiedział. On jedyny zdawał sobie sprawę jak cenne jest milczenie.
- Nie wiem. – Odpowiedziałam w końcu i ponownie przeniosłam wzrok na Uchihę. Ten podniósł się z krzesła, a ja odruchowo uniosłam głowę ku górze, by nie stracić jego twarzy choć na chwilę z oczu. Pragnęłam znać teraz każdą przemykającą przez jego głowę myśl, jednak spokój i dystans, którego nie pozwolił nikomu przekraczać skutecznie hamował moje zdolności. Czułam się bezsilna i mała, jednak uśmiechnęłam się zadziornie, by oddalić od siebie chwilowy brak pewności. Niczego nie nienawidziłam bardziej niż ofiar losu, wyglądających żałośnie w oczach innych. Szczególnie zależało mi na tym, by idealny pan Uchiha nie zobaczył we mnie żadnych słabości. Dlaczego tak bardzo o to walczyłam? Być może główną przyczyną był fakt, że tak bardzo się przed nim otworzyłam. Zdołał poznaś cząstkę mnie, która w jakiś sposób się do niego przywiązała.
Zmarszczyłam brwi, kiedy do moich uszu dobiegł przerażający huk, a niebo rozcięła potężna, rozbłyskająca błyskawica. Przeniosłam wzrok na czarne i z pozoru spokojne niebo.
- Myślałam, że burza przeszła… – Stwierdziłam cicho, nie odrywając czarnych tęczówek od nocnego krajobrazu zza okna.
- Przeszła jakiś czas temu. Gdzie jest Kimimaro? – Spojrzałam ponownie na Uchihę i nagle zrozumiałam sens jego pytania.
- Nie ma go tutaj. Wyszedł… – Poczułam nieznajomy ścisk w żołądku, jednak nie miałam czasu na zastanowienie się nad jego pochodzeniem. Zacisnęłam dłoń w pięść i niemal natychmiast zeskoczyłam z blatu wybiegając na zewnątrz. Nogi niosły mnie gdzieś przed siebie, choć nie znałam tutejszej okolicy, coś podpowiadało mi, że kierunek, który wybrałam jest jak najbardziej słuszny. Może to ta kobieca intuicja? Słyszałam za sobą kroki drugiej osoby, którą z pewnością był Sasuke.
Biegłam bardzo szybko, używając do tego zbyt dużo chakry, przez co w twardym podłożu zostawały wgłębienia po moich butach. Każdy kolejny odcisk zbliżał mnie do osoby, której charkę zdołałam powoli wyczuwać. W końcu zatrzymałam się gwałtownie, gdy moim oczom ukazał się Kimimaro. Leżał na ziemi, a jego białe włosy rozsypane były w nieładzie. Miejscami posklejane od szkarłatnej krwi. Nie dałam rady zrobić ani kroku naprzód, jedynie patrzyłam i czekałam. Oczami wyobraźni widziałam, jak podnosi się i wbija jedną ze śnieżnobiałych kości wprost w serce zbliżającego się człowieka. W rzeczywistości jednak nie wykonał żadnego ruchu, a ja miałam wrażenie, że to tylko świat się zatrzymał robiąc mi mały psikus. Dlaczego więc jakaś osoba cały czas się do niego zbliżała? Dlaczego dała radę podnieść dłoń ku górze i skierować ostrze katany w dół? Dlaczego jego ciało się jeszcze nie zatrzymało?
- Kimimaro! Wstawaj do cholery! – Wykrzyknęłam i bez chwili namysłu ruszyłam przed siebie. Dziwny ucisk w żołądku i klatce piersiowej nie pozwolił mi na racjonalne myślenie i przyprawiał o nieznośne dreszcze.
Chwyciłam w palce kunai’a i wbiłam go w przedramię człowieka, który miał zamiar skrzywdzić Kimimaro. Syknął i wycofał się jednym skokiem na odległość kilku metrów. Korzystając z takiego obrotu spraw pozwoliłam sobie zerknąć na twarz mojego przyjaciela. Piękne, zielone oczy, których lśniący i niesamowicie soczysty kolor zawsze potrafił mnie uspokoić, w tej chwili przyćmiony był szarawą mgiełką bólu. Jego oczy krzyczały, jego ciało umierało… Poczułam, że nogi zaczynają pode mną drżeć i za nic nie potrafiłam nad tym zapanować. Za tę krótkę chwilę dekoncentracji zapłaciłam mocnym uderzeniem w nogę. Nim zdążyłam poczuć cokolwiek i zdać sobie sprawę z tego, co właściwie się dzieje, usłyszałam jedynie cichy trzask. Musiałam kontratakować. Próbowałam skupić się, aby aktywować Kirigana, jednak drżenie mojego ciała i kłębiący się chaos w głowie skutecznie mi to uniemożliwiał. Złożyłam więc dłonie w pieczęć, lecz kiedy próbowałam użyć choć odrobiny chakry moja zraniona dłoń boleśnie o sobie przypominała.
- Kurwa! – Syknęłam kuląc się z palącego bólu i jedynie przypadkiem uniknęłam ciosu przeciwnika. Niestety długo swoim szczęściem nie dane było mi się cieszyć, ponieważ już po chwili poczułam silny ucisk na gardle i przyspieszony oddech owiewający mój kark.
- Zaimponowałaś mi swoim uporem… Dlatego mam dla ciebie niespodziankę. Zabij teraz Uchihę, a dostaniesz odtrutkę dla swojego znajomego. – Moje oczy gwałtownie się rozszerzyły i tuż po chwili, wspomagając swoją siłę znaczną ilością chakry, wyrwałam się z uścisku nieprzyjaciela, by móc spojrzeć w jego tęczówki. Chusta, mająca na celu zasłonięcie ich już dawno zsunęła się w czasie walki, dzięki czemu mogłam zobaczyć wystarczająco dużo.
- Przestań pieprzyć. Nie ma żadnej odtrutki i nigdy nie było. – Powiedziałam, siląc się na pozorny spokój. Zdawałam sobie sprawę, że przez zdenerwowanie jestem pozbawiona swojej największej broni, nie wspominając nawet o braku możliwości formowania pieczęci. Co robić, do cholery!
Mój przeciwnik niestety nie miał zamiaru pozostawać biernym. Złożył dłonie w charakterystyczne znaki dla żywiołu ziemi, jednak ku mojemu zdziwieniu żaden z jego ataków nawet mnie nie tknął. Jakby z niedowierzaniem odwróciłam głowę nieco w bok i zorientowałam się, że stało się tak za sprawą Uchihy. Jego techniki opatre na żywiole błyskawicy były w tym wypadku wręcz idealne. Po kilku sekundach katana przebiła nieprzyjaciela, który opadł głucho na ziemię.

Dla przyjemności czytania < klik >

Nie zwracając uwagi na nic więcej poderwałam się z miejsca do Kimimaro. Zaklęłam pod nosem, kiedy moja noga zaczęła potwornie boleć, tym samym spowalniając moje ruchy. Każda sekunda wręcz nieznośnie się dłużyła i zdawała specjalnie oddzielać mnie od białowłosego stanowiąc kolejną przeszkodę. Z każdym kolejnym krokiem obraz zaczynał się rozmazywać, a po policzkach zaczęły płynąć gorzkie łzy. Opadłam obok ciała mojego przyjaciela, czując jak przenika przeze mnie paraliżujący strach. Drżącymi dłońmi dotknęłam jego klatki piersiowej. Pod palcami wyczułam delikatny, słabnący ruch w miejscu serca. Próbowałam użyć choć odrobiny swojej chakry, by uleczyć, ochronić, nie pozwolić odejść… By zrobić cokolwiek… Szarawa energia duchowa zaczęła niszczyć moją skórę rozkrwawiając na nowo ranę na dłoni i stała się nowym źródłem nieznośnego, palącego bólu, który zawzięcie starałam się ignorować.
- Kimimaro… – Szepnęłam cicho, a słone kropelki na nowo zaczęły żłobić drogę w moich policzkach.
- Erin… – Kiedy usłyszałam znajomy głos mojego przyjaciela natychmiast podniosłam oczy na jego zielone, osnute mgiełką tęczówki. – Kocham cię… Moja księżniczko…
Czułam jak zaschło mi w gardle, a ciało znów zaczęło niekontrolowanie drżeć. Zacisnęłam silnie dłoń na palcach Kimimaro, mając nadzieję, że dzięki temu nigdy mnie nie opuści i jakimś sposobem uratuję mu życie.
Położyłam się na emanującej chłodem ziemi, przykładając głowę do klatki piersiowej mojego najdroższego przyjaciela. Czułam, jak jego oddech słabł, a skurcze serca przychodziły w coraz to większych odstępach czasu. To mnie zabijało. Bezsilność, pieprzona bezsilność, kiedy najważniejsza osoba w moim życiu umiera. Moje „wszystko”. Nie sądziłam, że faktycznie uda im się mnie zniszczyć. Cały czas uważałam, że nie znajdą we mnie słabego punktu, a tymczasem oni już bezczelnie go zniszczyli. Mojego ukochanego, mojego Kimimaro.
Minęło kilkadzisiąt sekund… Przestałam odczuwać delikatne unoszenie się jego klatki piersiowej. Kilka minut i nadal nic… Kolejne odcinki czasu boleśnie uświadamiały mi, że już nigdy tego nie poczuję. Właśnie wtedy w moim wnętrzu rozpętała się prawdziwa burza rozpaczy, bezradności, wściekłości i bólu. Toksyczna mieszanka.
- Obiecałeś, że nigdy mnie nie zostawisz… Pieprzony kłamca! – Wydusiłam nieustannie łamiącym się głosem i zacisnęłam palce na przybrudzonym materiale bluzki Kimimaro.

 

_________________________________________________________

Dotrwaliście do końca! :3 Przepraszam za moją długą nieobecność, jednak mam nadzieję, że wynagrodziłam wam to długością i fabułą tego rozdziału. Jestem ciekawa, czy spodziewaliście się takiego obrotu spraw? Przyznam, że pisząc tę notkę, a w szczególności ostatni jej fragment, ogromnie wczułam się w postać Erin i chwilami sama byłam bliska płaczu. Mam nadzieję, że moje starania widać, bo nie chciałam, by ta szczególnie ważna dla mnie scena wypadła sztucznie. Jeszcze powracając do tematu zaległości, teraz mam nieco wolnego czasu, dlatego obiecuję brać się za wasze blogi i z wielką przyjemnością nadrabiać zaległości! Z racji, że świątecznych życzeń złożyć wam nie zdążyłam, tak teraz życzę wam wszystkiego dobrego, spełnienia marzeń i aby nowy rok był jeszcze lepszy od tego. :3 Buziaki, do napisania!! ;***